Archiwum październik 2003


paź 11 2003 Adzis opowiadanie - bardzo ciekawe zapraszam...
Komentarze: 1


          Taki byłem cały. Ani kawałka mi nie brakowało. Na plecach niosłem duży plecak ze stelażem - na dwóch. Co godzinę mieliśmy się zmieniać. I zmienialiśmy się. Dopiero pod koniec dzisiejszej drogi - jakieś dwie godziny - niósł już on. Bo chciał. Chciał dlatego, że wczoraj ja niosłem przez ostatnie godziny bez zmiany. Najpierw szliśmy lasem, drogą kamienistą, drogą kamienisto - stromo - szeroką. Miły chłodek bił od drzew. Z lewej strony pięły się łagodnie po wzgó-rzu, w swoich lekko falujących na wietrze zielonych sukniach jodły, a zaraz przy nich młodziutkie świerczki. Po prawej stromo schodziły w dół poważne buki, pod ich nogami plątały się wiatrołomy świerków. Wszystko to tworzyło długi, ciemny tunel, zakręcający co jakiś czas, to w lewo, to w prawo, a mo-mentami opadający lekko w dół, żeby zaraz potem stromo unieść się i nas ku górze.
       Przez tą głupią manię wyprzedzania zmęczyły się szybko moje nogi. Sta-wy kolanowe chciały chwili spokoju, chwili pozostania w pionie. I doczekały się. Po około godzinie usiedliśmy na zwalonym drzewie leżącym przy drodze. Pot lał się nam z czoła, a języki wisiały na brodach. Nie minęło kilka sekund, a już ktoś usiadł przy nas. Najpierw z jednej, potem z drugiej strony. Za dużo tu ludzi jak na mój gust, pomyślałem. On chyba pomyślał to samo, bo po chwili zaproponował, żebyśmy stąd poszli. Napiliśmy się tylko wody i poszli-śmy dalej. Teraz on wziął plecak.
       Las właśnie się kończył i droga zaczynała piąć się pod górę wąskim upłazem. Szliśmy w rozleniwiającym słońcu i w dużej ilości ludzi, nadmiernej ich gęstości jak na to miejsce. Pewnie tak tylko będzie do przełęczy, powie-dział, tam dużo odpoczywa. Niech odpoczywają, niech odpoczywają w pokoju, w ciszy, w spokoju, może im się uda...? zaśmiał się. Nie lubię chodzić tą dro-gą. Sprawia wrażenie pustyni - ale to tylko w gorącym słońcu. W pogodę bez-słoneczną, albo bezupalną jest inaczej. Zimą, na przykład. Ooo... zimą to tu jest... Kiedyś szliśmy tędy zimą. W nocy. Nie mieliśmy światła ani raków, było dużo śniegu i lodu, i dużo długiej jazdy na dupie, na nogach i nie tylko. Zdarzyło się też głową w dół - jemu.
         Doszliśmy do przełęczy. Nie odpoczywamy tutaj, nie? zapytał. Eee... po co, powiedziałem, za chwilę usiądziemy sobie w schronisku. Szliśmy dalej. Słońce grzało jarko. Na niebie chmurki ani ani. I tak już od paru dni, grzeje i grzeje, deszczu nic a nic. Nie idzie wytrzymać.
         Schodziliśmy teraz kawałek w dół, już do schroniska. Przed nami szedł chłopak, dwudziestokilkuletni, z dziewczyną w obcisłych, krótkich spoden-kach i w samym staniku. Jacyś ludzie robili sobie zdjęcia na drodze, na tle schroniska. Małżeństwo z dzieckiem. Przystanęliśmy, żeby nie wchodzić w kadr. Bo i po co im. Dogoniliśmy parę i weszliśmy na podwórko schroniska. Usiedliśmy na ławce pod oknem, tylko tam był cień, a jednak nikt tam nie siedział. Większość osób wywalało się na ławkach, podciągało koszule, czy co tam mięli i wystawiało swoje grube albo chude, albo jakieś - ciała do słońca z prośbą, żeby coś z nimi zrobiło.
         Trzeba by coś zjeść, nie? powiedziałem. No trzeba, zjadłbym czekolady, powiedział on. No to wyciągaj! Wyjął czekoladę, kanapki i wodę. Zjedliśmy pół tabliczki, po kanapce i popiliśmy wodą. Ty, o co ci chodziło, kiedy poka-zywałeś mi na tą dziewczynę, co szła z chłopakiem przed nami? Hm...?! za-śmiałem się. Nie wiesz? pokazywałem ci na jej pośladki, tak fajnie chodziły, tak jakoś s u b t e l n i e. Co...? zapytał. No właśnie to. Wiesz co, powiedział patrząc gdzieś przed siebie, ty jesteś naprawdę jakiś popieprzony... albo wy-poszczony...? subtelnie... zaśmiał się. Od razu zboczony, to chyba zdrowo, że reaguję na jej, a nie na jego pośladki, nie? Wyposzczony jesteś i tyle!? Za-śmialiśmy się obaj. Zapalimy? podałem mu papierosa. Mieliśmy nie palić w górach za dużo, przypomniał. No i na razie nie palimy za dużo, odpowiedzia-łem. No to zapalimy. 
        I zapaliliśmy.
        Tacy sobie siedzieliśmy sami i kilkadziesiąt osób z nami.
        Rozłożyliśmy mapę. Którędy idziemy, zapytałem, przez Skrajny Granat i Czarne Ściany, czy przez Kozią...? Wpatrywał się w mapę. Przez Granaty chyba... Rozgniótł niedopałek i wyrzucił. Nagle ożywił się. Wiesz co? mam jeszcze inny pomysł, powiedział. Jaki? Moglibyśmy przejść górą do doliny Pięciu Stawów. Też już o tym myślałem, musielibyśmy przez Kozią i potem w dół. Można też przez Kozi Wierch i z Koziego prosto w dół, od razu do Doliny, powiedział. Można, ale tam jest czarny szlak i nie ma łańcuchów, i to jest trochę do dupy, powiedziałem. No ale to nic, damy sobie radę. Granaty i Czarne Ściany musimy sobie w takim razie darować. Czemu? zapytał. No bo i tak mamy jakieś dwie godziny drogi więcej, odpowiedziałem. Wyrobimy się pewnie wcześniej. Prawdopodobnie tak, ale przez Granaty nie wyrobilibyśmy się na pewno, zakończyłem. Dobra, chowaj to wszystko i będziemy się zbie-rać, powiedział. Wiesz co? powiedziałem, ładując rzeczy do plecaka, ile razy tu byłem, nigdy nie widziałem tu tylu ludzi - ale też nigdy nie widziałem tak dobrej pogody, utrzymującej się tak długo. No, przytaknął. To jak idziemy? zapytał. Teraz na Gąsienicowy Staw, potem na Zmarzły, a potem Kozią Do-linką. Dobra, to idziemy.
            I poszliśmy.
           Teraz ja wziąłem plecak. Od razu poczułem mokrą koszulkę przykle-jającą mi się do pleców. Na nos założyłem ciemne okulary. Przez to słońce zmniejszają mi się bardzo źrenice i oczy mnie bolą. Muszę je cały czas mru-żyć. Ale to już tak mam od paru lat - niech tylko troszkę zaświeci słońce, to już mnie bolą. Jak nietoperz. Na czole zawiązałem sobie chustkę, żeby włosy nie leciały mi do oczu. On miał króciutkie i miał problem z głowy. Teraz szło się po samych kamieniach, poukładanych w ścieżkę, której prawy brzeg wznosił się stromo i wysoko do Małego Kościelca. Lewy opadał stromo i ka-mieniście do wąwozu, którego dnem płynął strumień wypływający z Gąsieni-cowego Stawu. Ścieżka była wąska. Z góry co chwilę ktoś schodził i trzeba było się jakoś wymijać, szliśmy więc jeden za drugim. On pierwszy. Kilkana-ście metrów przed nami stała grupka ludzi -  młodych, między nimi jeden starszy człowiek. Kilkoro z nich miało lornetki, przez które spoglądali co chwilę w dół, w stronę płynącego na dnie wąwozu strumienia i zwaliska ogromnych głazów. Znalazły się tam prawdopodobnie na skutek lawin, które często tędy schodzą. Niektóre z nich musiały być tam już bardzo długo, jak ten, który oglądali ci ludzie. Kiedy mijaliśmy ich, ten starszy odpowiadał wła-śnie na pytanie jednego z młodszych: "Co to za głaz, ten stojący pionowo? Na nim jest coś wyrytego, chyba sfastyka, prawda?". Starszy spojrzał przez lor-netkę i odpowiedział, że nie jest to sfastyka, a że jest to jakiś zegar słoneczny, czy ołtarz pradawnych ludów, coś w tym rodzaju. W każdym bądź razie, po-wiedział jakąś bzdurę, żeby młody się odczepił. I podziałało.
           Minęliśmy zaciekawionych i poszliśmy dalej. Przed nami jeszcze kawał drogi.
           Spotkaliśmy jeszcze kilka osób i dochodziliśmy już do Gąsienicowego. Trzeba było jeszcze pokonać leciutkie wzniesienie. On szedł pierwszy, nie oglądając się za siebie. Przy końcu wzniesienia przystanąłem na chwilę, żeby złapać oddech i odkleić plecak - zespolony już z koszulką - od mokrej skóry pleców. Wiatru nadal zero. Po chwili dogoniłem go i byliśmy już nad stawem. Ludzi było tu niewiele mniej niż przy schronisku. Nie zamierzaliśmy tu jed-nak zostawać. Skręcając w lewo przeszliśmy przez największe ich skupisko i szliśmy teraz kamiennym chodnikiem ułożonym przy brzegu stawu. Trzeba było obejść jego połowę, a potem szlak odbijał w lewo i piął się w górę do Zmarzłego. Za kosodrzewiną, przy brzegu dwóch facetów czaiło się w majt-kach.
           No, fajnie, kąpiemy się, powiedział. Ale chyba nie wiemy, że w tym miejscu często stoją strażnicy, spisujący inwentarz idący na górę, dodałem. No ale, jeżeli chcemy zamarznąć, to kąpmy się, kąpmy się, cholera, ile wlezie! Tak sobie deliberowaliśmy, przechodząc obok tych dwóch. Popatrzyli na nas jak na wariatów i usiedli na ręcznikach rozłożonych na trawie. Minęliśmy ich i poszliśmy dalej, oglądając się jeszcze jakiś czas za siebie. Siedzieli tak samo i rozmawiali między sobą, pokazując coś w wodzie.
           Po chwili szlak łagodnie zaczął się wznosić, odrywając się na lewo od stawu. Słońce prażyło coraz bardziej. Nie wyczuwałem już żadnej granicy pomiędzy moimi plecami a plecakiem. Wszystko było już dobrze mokre. Ale to nie było aż takim dużym problemem. Dużo większym były muszki. Małe, pieprzone stworzonka, które nie wiem czego chciały od ludzi. W górach są tak perfidne jak komary nad jeziorem, a może nawet bardziej. Wiszą całą chmarą nad głową człowieka - nie ważne, czy idzie czy stoi. Jak czarna chmura. Raz za razem siadają na twarzy, pchają się, najbardziej do oczu i do nosa. Najgorsze jest to, że nie ma na nie skutecznego sposobu. Nawet dym papierosowy mało pomaga. Dopiero na większej wysokości jest ich mniej. Wyglądamy jak trędowaci z tymi muszkami, powiedział. Nie wiem czy mi się wydaje, ale nad nami jest ich chyba więcej niż nad innymi? Może bardziej śmierdzimy...? zaśmiałem się. Chyba.
           Usiadłem na chwilę na kamieniach. Chciało mi się pić. Przystanął i czekał na mnie. Chcesz? zapytałem, podając mu butelkę. Podszedł i napił się trochę. Musimy się streszczać, bo jak tak będziemy co chwilę przystawać to do rana nie zajdziemy. Daj spokój, przecież nie jestem na wyścigach. Leje się ze mnie jak ze ściery! Nic nie odpowiedział i wyjął czekoladę. Jemy? zapytał, podając mi. No, zjadłbym teraz. Zjedliśmy po kawałku i poszliśmy dalej.
           Aby dojść do Zmarzłego, myślałem sobie, dalej jest już mniej ludzi i mniej monotonnie - więcej trawersów (do ściany). Nie będziemy już tak gonić, a poza tym ...od stawu do przełęczy on niesie plecak.
           Dwa ostatnie pionowe podejścia i byliśmy nad stawem. Ludzi było mało, kilkanaście osób. Zamaczali ręce w wodzie, zjadali bułkę i szli z po-wrotem. Znaleźliśmy miejsce do siedzenia, nad samą wodą, na dwóch pła-skich kamieniach. Woda w stawie ładnie przeźroczysta, muszki ładnie wpie-przają się do oczu. Nie dają usiedzieć chwili spokojnie. To co, jemy? zapytał. No pewnie, odpowiedziałem. Wyjął chleb i konserwę i podał mi. Zdałby się jeszcze otwieracz i nóż. Wyjął i to. Otworzyłem, ponakładałem na chleb i je-dliśmy. Paprykarz - bardzo lubię paprykarz. Widzisz to? zapytał wskazując jakąś białą skrzynkę kilkadziesiąt metrów od nas. Leżała między kamieniami przy brzegu. No widzę, i co? I nic, pójdę zobaczyć co to jest. Wstał i poszedł. Podniósł ją, potrząsnął i otworzył wieko. Była pusta, a na boku miała nama-lowany czerwony krzyż. Zostawił ją na miejscu i wrócił. Jakaś pusta aptecz-ka, powiedział, musiała wypaść z helikoptera, albo ją wyrzucili. Możliwe, przytaknąłem. Trzymaj i żryj, podałem mu kromkę. "Dziękuję bardzo", odpo-wiedział. Po jedzeniu wypiliśmy do końca jedną butelkę wody mineralnej. Nalałem do niej zimnej wody ze stawu. Zapalimy, czy idziemy? Ja nie chcę, odpowiedział, zapalę na górze. Jak mówisz... Wziąłem sobie papierosa i po-szliśmy. Teraz on niósł plecak - i bardzo mi się to podobało. Szlak piął się niemalże pionowo w górę - kilkanaście metrów. Po nim płynęła sobie cichut-ko woda. Bił chłód od niej i od skał. Byliśmy teraz w Koziej Dolince. Szlak rozgałęział się - żółty prosto, czarny w lewo, na  Żleb Kulczyckiego. My po-szliśmy prosto. Szliśmy teraz trawersami. Szło się bardzo swobodnie - mo-głem sobie oglądać wszystko wokół. Zapaliłem papierosa i tak szedłem z nim, tlącym się w palcach. Głupol, mruknął. Prawdziwy turysta z ciebie. Faja w zębach, nic na plecach i sobie idzie! Zaśmiałem się.
         Otoczenie zmieniło się, nie było już kosodrzewiny tylko same kamienie. Co jakiś czas któryś z nas zachwiał się i sypały się wtedy kamyki na niższe tarasy trawersów. Czasami po takim zachwianiu wychodziły krople potu na czole. Szliśmy sobie i szliśmy i przycisnął mnie pęcherz. Ty! zawołałem, po-czekaj chwilę. Co znowu? Lać mi się chce! No to masz problem, zaśmiał się. Jaki tam problem, zaraz to załatwię, powiedziałem rozglądając się za jakimś dogodnym miejscem. Tutaj chcesz lać? zapytał zdziwiony. No nie, tutaj nie, zaraz gdzieś wskoczę. Poczekam tylko, aż tych dwoje ludzi przejdzie. Jakiś facet z córką, chyba, tak przynajmniej wyglądali. Przysiedliśmy na kamie-niach, dwoje zrównało się z nami i wymieniliśmy się krótkim "cześć". Dobra, to idę. Poczekaj, wskazał dwóch facetów kilkanaście metrów w dole. Przysia-dłem na chwilę. Po tej chwili, na którą przysiadłem dwóch minęło nas i poszli ostro w górę. Obaj mieli spore plecaki, a na szelkach od nich plakietki "TO-PR". Może znowu ktoś poleciał, powiedziałem i poszedłem. Wczoraj, kiedy on schodził Zawratem jakaś dziewczyna poślizgnęła się, nie utrzymała łańcucha  i spadła. Miała jednak szczęście, bo spadła na półkę skalną kilka metrów ni-żej. Połamała się ale przeżyła. Dwoje siedemnastolatków dwa dni temu nie miało takiego szczęścia, kiedy spadli z Giewontu. To jednak było tylko i wy-łącznie przez ich głupotę, chcieli skrócić sobie drogę, bo była kolejka - no i skrócili.
         Wdrapałem się za skałę powyżej i zrobiłem, co miałem zrobić. Tak sobie sikałem i myślałem, że jeszcze nie sikałem na takiej wysokości - jakoś mi się nie chciało nigdy. Zapiąłem rozporek i zszedłem do niego. Dobra, teraz mo-żemy iść.
          Trawersy się skończyły. Szlak gubił się w kamieniach porozrzucanych wszędzie. Bardzo często schodzą tutaj lawiny i systematycznie rozwalają szlak. Orientować się można było tylko po znakach namalowanych na ka-mieniach gdzie niegdzie. Oczywiście, jeżeli był to kamień zepchnięty przez inne i tylko przypadkowo leżał w takiej pozycji, że widać było znak, no to był wtedy problem. Ale po pół godzinie byliśmy już pod ścianą, północną ścianą Orlej Perci, na wysokości jakichś tysiąca dziewięciuset metrów.
          Pod  ścianą leżał wiekowy śnieg, zamarznięty. Leżał w takiej niszy, gdzie nigdy nie dochodziło słońce. Zrobiło się przyjemnie zimno, ale założyli-śmy swetry. Trzeba było teraz wspiąć się pionowo do góry, do przełęczy. Sta-liśmy i patrzyliśmy w górę. Po prawej stronie była Zamarła Turnia, a za nią Świnica, po lewej Kozi Wierch, dalej Granaty i koniec Orlej. Przed nami wą-ska szczelina, około czterech czy pięciu metrów. W jej ścianach przytwier-dzone były łańcuchy i żelazne drabinki, po których trzeba było wspiąć się do siodełka przełęczy. Jakieś dwadzieścia metrów. Niektóre z drabinek były już nieźle wysłużone i można było spotkać się z takim czymś, że dochodząc do jej szczytu odchodziła od ściany. Ale nie odrywała się całkiem...
          Założyliśmy rękawice - były potrzebne, żeby nie pozdzierać sobie rąk do krwi. Ktoś schodził z góry. Poczekajmy, aż zejdą, żeby nie pchać się we dwóch na jeden łańcuch, powiedziałem. Pierwsza osoba była już przy nas. Za nią słychać było jeszcze kilka głosów odbijających się po ścianach. Ile jest tam jeszcze osób? zapytałem tego, który stał już przy nas. Jeszcze cztery i można iść, powiedział. Poczekaliśmy, aż te cztery osoby zeszły i zaczęliśmy wchodzić. Tutaj nie przeszkadzały już muszki ani słońce. To ostatnie nawet tutaj nie docierało. Byliśmy w ścianie północnej, a słońce było na południu. I dobrze. Zrobiło się nawet zimno, ścianami płynęły stróżki wody i panowała wilgoć. Była to jednak jakaś alternatywa na słońce przez ostatnie kilka go-dzin.
          Szedłem pierwszy, on za mną z plecakiem. Dzieliła nas odległość jed-nego łańcucha, około cztery metry. Na jednym odcinku łańcucha nie może być więcej niż jedna osoba - przynajmniej nie powinna. Tutaj nogi się nie zmęczą, powiedział, ale ręce za to tak. No fakt, przytaknąłem, ale i tak wolę to tutaj niż łażenie po tych kamiennych schodach w słońcu. Znowu ktoś schodził. Słychać było jakieś głosy. No, tutaj nie za bardzo jest się jak wymi-nąć, zaśmiał się. Damy sobie r a d ę... powiedziałem. Wejdziemy trochę wy-żej... tam... wskazałem, staniemy na tym gzymsie i przytrzymamy się ściany. No to chodź, przyspieszył. Przystanął jednak jeszcze na chwilę i zaczął ścią-gać rękawiczki. Do dupy są - za małe, powiedział. Ściągnął je i schował do kieszeni. Moje nie lepsze, podarte już trochę od zjeżdżania po łańcuchach, ale lepsze takie niż żadne. No, ale jeżeli wolisz mieć śliskie, a potem pozdzie-rane ręce, to miej. Właśnie pokazały się trzy osoby nad nami. Już miałem powiedzieć, żeby poczekali, aż wejdziemy na gzyms, ale chyba sami się do-myśli, bo przystanęli i czekali. Wgramoliliśmy się na niego. Staliśmy przy-klejeni do ściany jak żaby. Gdybyśmy się stąd spieprzyli, nieciekawie byśmy wyglądali, powiedziałem spoglądając za siebie w dół. Tamtych troje podzię-kowali i przeszli, a my pociągnęliśmy się dalej w górę. Do przełęczy już nie daleko, zauważyłem, tylko jeżeli będzie tam więcej niż dwie osoby, to mamy problem.
        Było dużo więcej niż dwie osoby. Większość szła od Kasprowego w stro-nę Koziego, mało kto w drugą stronę, a już najmniej schodziło w dół. Spró-bowaliśmy wtoczyć się w ten ruch, ale nic z tego. Musimy chwilę zaczekać, powiedział. Przyglądając się temu przez chwilę doszliśmy do wniosku, że wy-gląda to śmiesznie, a zarazem tragicznie. Na wysokości, około dwóch tys. metrów panował ruch jak na rynku dużego miasta w środku dnia. W miejscu samej przełęczy stać mogą tylko dwie, trzy osoby, jest tak wąska. Stojąc na niej ma się pod nogami kawałek skały, uformowany na kształt siodła - jakieś dwa metry na półtora. Przed sobą wąski, niemalże pionowy żleb pełen ka-mieni, za sobą szczelinę, którą się weszło, a po prawej i lewej stronie dwie pionowe, wysokie ściany. My mięliśmy wejść na tą po lewej. Trzeba było naj-pierw przejść na południowa ścianę Orlej po gzymsie, który wykuty był w ścianie, a potem - za lekkim zakrętem w lewo -  już pionowo w górę.
        Za nami robił się już lekki korek. Kilka osób schodziło od strony Kozie-go i trzeba było je przepuszczać, bo niemożliwe było wyminąć się potem na łańcuchu. Po chwili zrobiło się luźniej, więc wykorzystaliśmy to i włączyliśmy się do sznureczka. Teraz ja niosłem plecak. On szedł pierwszy, przed nim szło kilka dziewczyn w wieku późno podstawowym, a przed nimi jeszcze kupa osób. Druga kupa szła za nami. Szlak biegł teraz, a raczej ostrożnie szedł po gzymsie. Dlaczego tu jest tyle osób? Momentami stawało się to denerwujące, ale co zrobić. Końca nie widać... Co jakiś czas jakaś spanikowana dziewczyna albo starsza kobieta, albo ktoś - stawał, ręce opadały mu do kolan (oczywi-ście metaforycznie, bo gdyby zrobił tak rzeczywiście to problem byłby z gło-wy), na twarzy pojawiała się rozpacz i konsternacja i słyszało się często: "Ja dalej nie idę !?...". W takich momentach ktoś cierpliwy przestaje być cierpli-wy i ciągnie za sobą taka osobę za szmaty, obiecując, że zaraz będzie koniec, i że nic się jej nie stanie. A osoba idzie za nim jak baran. I to jest dobre i lu-dziom potrzebne. Kolejka jak na Giewont! Można zdążyć zjeść kanapkę, za-palić i może coś się wtedy ruszy.
         I tak sobie szliśmy stojąc.
        W końcu przyszedł i na nas czas, aby ruszyć dalej. Co jakiś czas trzeba było jednak przystawać i przepuszczać tych idących z góry, bo gdyby tego nie robić zrobiłby się zator i byłby problem.
         Jak tak będziemy szli, to do Bożego Narodzenia nie dojdziemy !? po-wiedział. I chociaż marudził - miał rację. Tak źle, za mojej bytności w tych górach, jeszcze nie było.
        Jednak szliśmy. Teraz wchodziliśmy po stromej ścianie w górę i tutaj zgubiłbym siebie, przez swoje krótkie ręce. Była półka skalna, na którą mu-siałem się dostać. Znajdowała się na wysokości ponad metra. On wszedł, nie zauważyłem jak. W ścianie nie było żadnego zaczepu ani stopnia. Łańcuch był obok, ale złapać się go i wejść było niewygodnie dla mnie. Położyłem obie ręce na półce i podźwignąłem się. Nie udało się, plecak przegiął mnie do tyłu i poleciałem. Na szczęście nie daleko, udało mi się złapać łańcuch kiedy zsu-wałem się w dół. Całe życie przeleciało mi przed oczyma, a serce wyłaziło gardłem. I nie wiem, ale chyba instynktownie, z potrzeby ratowania się, szybko znalazłem oparcie dla nóg i machinalnie zrobiłem to jeszcze raz - udało się. Sam nie wiem jak, ale chyba było to na ułamek sekundy przed tym momentem, w którym nogi robią się z waty i nie myśli się już o niczym. On potem powiedział mi, że "zrobiło mu się tak samo".
         Na skale grupka dziewczyn zrobiła sobie odpoczynek. Ja poszedłem dalej, on był już daleko wyżej, nie było go widać. Stanąłem pod następną ścianą. Na nią wchodziło się rynną w skale. Było tam na czym oprzeć nogę, więc dało się łatwo wejść bez łańcucha, którego tam i tak nie było, co dla nie- których było  jednak dużym problemem. Stanąłem na chwilę, bo z góry ktoś schodził. Jakieś dwie dziewczyny. Wyglądały na siostry, starsza mogła mieć najwyżej piętnaście lat, a młodsza około dziesięciu . Miały problem, stanęły nade mną i medytowały nad tym, jak tu zejść. Trochę to już trwało, więc po-myślałem, że im pomogę. Odwróć się tyłem i postaw tu nogę, niżej... Napro-wadziłem najpierw starszą, potem młodszą i jakoś sobie poradziły. Pokazy-wałem im, gdzie mają stawiać stopy, a one musiały mi zaufać, zresztą nie miały wyjścia - oprócz mnie na dole nie było nikogo, a nad nimi robił się już zator. Powiedziałem im, żeby na przyszłość, jeżeli będą schodzić takimi zej-ściami, schodziły tyłem, a nie przodem, można wtedy niżej wyciągnąć nogę, łatwiej jest się złapać czegoś jeżeli się spada. I nie widzi się przepaści, w któ-rą się spada...? zażartowałem. "Dzięki", powiedziały i poszły. Trochę niżej przystanęły jednak, jakby na kogoś czekały. I rzeczywiście, zaraz za nimi szedł ich ojciec. Z nim były problemy, bo za cholerę nie chciał postawić nogi tam, gdzie mu pokazywałem. Bał się oderwać jedną rękę od skały, a jak już oderwał to nie wiedział co ma z nią zrobić. Wziąłem jego plecak, żeby było mu łatwiej. Nagimnastykował się nieźle, ale w końcu udało mu się zejść. "Jaka cholera mnie podkusiła, żeby tu włazić!? Nigdy w życiu już mnie nikt tu nie zaciągnie!" wyklinał na czym świat stoi. W końcu się trochę uspokoił. "Dzię-kuję panu bardzo", powiedział i poszedł.
          Teraz wszedłem ja. Dogoniłem go, siedział na kamieniu. Pić mi się chce, powiedział. Wyciągnąłem wodę i podałem mu, a potem sam się napi-łem. Widziałeś tego gościa z córkami? W i d z i a ł e m! jedną musiałem ścią-gać, bo powiedziała, że nie zejdzie - na szczęście tą mniejsza. Przy mnie naj-bardziej panikował ich ojciec, a jak już zszedł, powiedział, że już  nigdy tu nie przyjdzie. Zaśmialiśmy się.
          Schowałem butelkę i poszliśmy. Teraz szliśmy kawałek grzbietem skalnym, Kozie Czuby. Słońce znowu dawało o sobie znać. Teraz było mi już wszystko jedno, i tak byłem cały mokry. Spacer niecodzienny, idziemy sobie granią pięciometrowej szerokości, na wysokości ponad dwóch tys. metrów. Po lewej stronie, daleko w dole Czarny Staw Gąsienicowy, a nad nim Zmarzły Staw - małe oczko w skałach. Po prawej stronie Dolina Pięciu Stawów Pol-skich. W dali, już po słowackiej stronie strzela w niebo ostry szczyt Krywa-nia, a bardziej na lewo najwyższy szczyt Tatr - Gerlach. Kiedyś na niego wej-dę, pomyślałem sobie. Przed nami widać już było Kozi W. (2291 m.). Trzeci pod względem wysokości, dostępny dla turystów szczyt polskich Tatr, a naj-wyższy, leżący w całości w ich polskiej części. Podeszliśmy jeszcze kilka me-trów i stanęliśmy na brzegu skalnego urwiska. Teraz trzeba było zejść jakieś dwadzieścia metrów pionowo w dół. Potem dnem kamiennego kotła dojść do jego przeciwległej ściany i po niej wspiąć się w górę - już na sam szczyt.
         Stoimy tak sobie, patrzymy tak sobie - i dla innych, i widzimy jak po przeciwległej ścianie kotła "schodzi" jakiś gość. Szlak jest niebezpieczny i na pewno jednoosobowy. Grupa wchodzi, a on pcha się na nich z góry. Nikt się nie odzywa (tak mi się wydaje, bo stąd nie słychać - za daleko). Każdy scho-dzi mu z drogi. Jemu co chwila ześlizguje się noga, albo dwie, albo wszystko, ale nic sobie z tego nie robi. Facet wygląda na ładnych kilkadziesiąt lat, pod sześćdziesiątkę. Ubrany jak Baltazar Gąbka i zapieprza jak dziki. Widzisz tego gościa?! pytam go. Widzę właśnie, zastanawiam się, co on wyczynia? No nie wiem, ale za mądry to on nie jest. Co on, cholera, jakiś popieprzony...! Sam spadnie i pozabija innych!
         Jakimś cudem zszedł jednak z tamtej ściany i szedł teraz pod naszą. Na dole nie było żadnych ludzi, ale było kilka osób na ścianie. Poczekaliśmy chwilę, aż zejdą niżej i zaczęliśmy schodzić. Byliśmy prawie w połowie, kiedy facet dotarł pod naszą ścianę. Tutaj również nie przeszkadzało mu to, że na ścianie było już kilkoro ludzi i nie było możliwości wyminięcia się na łańcu-chu. Ostro ładował się na górę. Tamci niżej przepuszczali go, ale u nas nie byłoby nawet takiej możliwości. Ty, co on robi? zapytałem zdziwiony. "Wcho-dzi sobie", zaśmiał się, i będziemy mieć problem, no chyba, że przefrunie, ale na orła to on mi nie wygląda. Ale nic to, powiedziałem, my schodzimy, niech czeka. Ale on wcale nie zamierzał czekać. Zeszliśmy trochę niżej i po chwili gość już był przy nas. Po chamsku wpieprzał się na mnie - obok niego prze-szedł, bo był już niżej i było tam troszkę szerzej. Gdzie się pan pcha?! Nie wi-dzi pan, że nie ma jak przejść!? Popatrzył na mnie jakby mnie nie słyszał i dalej się pcha, totalna ignorancja. Panie, ślepy pan jest!!! nie wytrzymałem już. W tym momencie gość pchnął mnie ciałem na ścianę, spokojniutko prze-szedł sobie, a ja zawisnąłem na łańcuchu. Teraz wkurwiłem się już niemiło-siernie!!! Zacząłem za nim krzyczeć: Człowieku, wiem że niektórzy ludzie są pojebani, ale nie wiedziałem, że aż tak! Bijesz wszelkie rekordy! Jak chcesz się zabijać, to już, ale nie musisz innych do tego zapraszać, słyszysz debilu!? Gdzie się pchasz między ludzi!?
          Staliśmy i gapiliśmy się jak woły na faceta. Gość wlazł już na grań. Stanął na górze i patrzył tępo na nas. Już mi trochę przeszło i zaczęliśmy się śmiać. Widzisz typa, powiedział, czeka aż się odwrócimy, żeby porzucać sobie w nas kamieniami, kretyn jakiś! Dalej stał i patrzył sobie. No i co się gapisz kretynie! - Już nie miało dla mnie znaczenia to, że mógłby być moim dziad-kiem - Spierdalaj pieprzony maratończyku, bo ci pouciekają inni chętni na tamten świat! Facet stał dalej. Może to go podnieca...? Cholera wie...?
          Przy wejściu na szlak powinni robić badania psychiatryczne, mówiłem do niego, kiedy zeszliśmy już na dół, może mniej ludzi ginęłoby wtedy w gó-rach. Dobra, chodźmy, powiedział, niech się kretyn gapi, lepiej niech tu sie-dzi, niż miałby biegać po górach jak po łące.
          Poszliśmy.
          Wchodziliśmy teraz na przeciwległą ścianę i dochodziliśmy już do szczytu, kiedy on się obrócił i wskazał mi coś na grani. Ten gość jeszcze tam siedzi, powiedział. Rzeczywiście, usiadł sobie i patrzy, jakby miał do nas jakiś   niewybaczalny żal... A niech się pieprzy.
          W końcu weszliśmy. Staliśmy wyprostowani i patrzyliśmy- a było na co. Widok był przedni...!
          No jak tu p i k n i e...! powiedziałem. No, to teraz możemy zapalić, po-wiedział. Wyciągnął papierosy. Wziął sobie i podał mi, usiedliśmy i zapalili-śmy. Świeciło prawidłowe słońce, powiewał leciutki, południowy wiaterek. I nic mnie nie było, a nade mną nikogo. I to było dobre i mi potrzebne.
          Niedługo znowu zima.

nakhoda 1998

nakhoda : :
paź 05 2003 Dwa wiersze na dzisiejszą pogodę
Komentarze: 0

                  KONTERFEKT ZAGUBIONY

                                                   Odrażające kobiety                                      
                        Ubierają swoją próżność
        w skóry zwierząt,
                            próba zabicia konterfektu
nim samym.
                             Satysfakcjonująca je ułuda
                                       

                                            NEGERTOS HYPNOS

                                                     Tysiąc lisów spadło wywołując
                                                     problem z samookreśleniem
                                                     światopogląd
                                                     sprowadzony do zapachu
                                                     perfum
                                                     palonych liści jesienią

                                                     Znajdując
                                                     że mieszkam swoją duszą
                                                     w ciele
                                                     mam osobę
                                                     zapisaną na wielkiej wstędze

                                                        ... a to ta Thanatos
                                                     ubrana w letni śnieg
                                                            daje mi coś świeżego
                                                            krok po kroku
                                                            rozpoznaję
                                                            To nie ma siebie
                                                            ja przystaję
                                                            i nic mnie nie ma

nakhoda : :